sobota, 19 lipca 2014

Rozdział 1.

*Perspektywa Sky*

-To  na dzisiaj koniec, możesz iść. Powiedział "dyrektor" z tym swoim szyderczym uśmieszkiem. W między czasie zapinając pasek od swoich workowatych spodni.
To już taka rutyna. Dzień w dzień to samo. Słowo dyrektor kojarzy się z powagą, odpowiedzialnością i troską o innych, ale nie ON. Ten chuj, Zły człowiek. Przygarnął mnie pod dach sierocińca w Hollyway. Wiecie jak to jest wychowywać się piętnaście lat z ludźmi których uważasz za rodziców, a pewnego dnia wyrzucają cię za drzwi bo nagle zaczęłaś im przeszkadzać? Nie? A ja tak, wiem jakie to uczucie i powiem wam że chujowe. Mieszkam tu od roku i od roku jestem gwałcona przez człowieka który powinien sie mną opiekować. Tak, przez mojego dyrektora.
-Sky?
Usłyszałam za moich pleców przepełniony troską głos Trudy, która w ostatnim czasie była dla mnie jak zastępcza matka. Kiedy tylko się odwróciłam, widząc wyraz mojej twarzy wzięłam mnie w objęcia i przytuliła. A po mojej twarzy zaczęły lecieć słone łzy bezradności. Zaczęła mnie pocieszać.
-Już dobrze słoneczko. Nie płacz.
- Nie, nie jest dobrze.-płakałam w jej ramie. Jej dłoń opiekuńczo masowała moje plecy, szeptała mi do ucha słowa które powinny podnieść mnie na duchu ,,To kiedyś się skończy" ,, Jesteś silna". Ale słyszałam  je zbyt wiele razy. Nie pozostało mi nic jak przyzwyczaić się do swojego nędznego życia, które było istnym piekłem i wiele razy próbowałam je zakończyć. Jednak nawet na to byłam za słaba.
-TRUDY!!!- nagle cisze przerwał niski głos Jennera bo tak miał na nazwisko mój prześladowca.
-Muszę iść słoneczko, głowa do góry i uśmiechnij się.-Delikatnie dotknęła mojego nosa i odwróciła się w kierunku dobrze znanego nam wszystkim gabinetu. Stałam na korytarzu jeszcze chwilkę, aby unormować oddech po płaczu. Wyprostowałam się i weszłam do salonu gdzie znajdowali się starsi wychowankowie sierocińca. Nagle wszystkie spojrzenia padły na moją osobę a śmiechy, które i tak były tutaj rzadkością ucichły. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć znajdowałam się już w objęciach mojej przyjaciółki Polly. Kiedy się od siebie oderwałyśmy, spojrzała na mnie swoimi pięknymi, błękitnymi oczyma w których widoczne były łzy. Ta rudowłosa dziewczyna była ze mną od samego początku, wspierała  mnie kiedy czułam się jak nic nie warta szmata, przez mojego dyrektora.

-Boże tak się o ciebie martwiłam, trzymał cię tak długo.-jej głos załamał się przy końcu. Następny w kolejce do pocieszania mnie był Justin, który objął mnie opiekuńczo ramieniem i poklepał po plecach.
-Obiecuję, że jak tylko się stąd wyrwę, to pierwszą rzeczą jaką zrobię to doniosę na niego gliną.-Obiecał. Po jeszcze krótkiej chwili użalania się nad mną, postanowiliśmy dołączyć do grupy. Usiadłam koło Tiffany która jest typową blondynkom, lecz różni się jednym detalem, jest inteligentna. Claudia, to ta cicha, wrażliwa ale umie być bezczelna. Victor-wiecznie zamyślony, pomysłowy ale jego najmocniejszą cechą jest lojalność. Peter i Andre są w tym miejscu najdłużej z nas wszystkich, ponieważ zostali oddani  od razu po narodzinach. Są największymi aparatami w sierocińcu może dlatego że są tu od zawsze. Tryskają pozytywną energią i zawsze poprawiają nam humor. Wiele razy pojawili się na tzw. dywaniku u dyrektora, jednak nie kończyło to się na zwykłej naganie, ten chuj nie zawahał się podnieść na nich ręki. Często używał przemocy jako kary dla chłopców a dziewczyny nadzwyczajnie w świecie wykorzystywał seksualnie-tak było od zawsze. Trudy jest wychowawcą młodszej grupy dziewczynek, zastępuje nam wszystkim matkę. W  pewnym momencie Andre zagwizdał a oczy wszystkich odwróciły się w kierunku drzwi.

-Yo, Payno przyjacielu, może się dosiądziesz.- po słowach Andre  wszyscy wybuchli śmiechem. Liam przewrócił oczami, i zaczął zmierzać w naszym kierunku (jak zwykle ubrany jak ciota).
-Mmm byłeś już u zgredka - zapytała odważnie Polly. Liam znowu przewrócił oczami. A po chwili na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmiech.
-Nie będzie, ci do śmiechu jak mu powiem o tym jak go nazywasz, marcheweczko.- Polly zaczerwieniła się ze złości  i zacisnęła dłonie w pięści. Nagle Justin gwałtownie się podniósł.
- Uważaj na słowa, idioto!-
-Siadaj- Victor pociągnął Justina za koszulkę powodując że ten usiadł.
-Słuchaj kolegi bo ci się oberwie kochasiu- zadrwił Liam, ponieważ wszyscy doskonale wiedzieli że brunet od zawsze kochał Polly.
-Chyba nie od ciebie!- powiedział żartobliwie Peter, wszyscy ponownie się zaśmiali. Następnie zaczęli sobie przybijać żółwiki.
-Skylet? A tobie mowę odebrało, bo tak porządnie cie wyruchał?- nikt nie zdążył  nic powiedzieć, tylko wszyscy obserwowali jak w jednej chwili Peter podnosi się ze swojego miejsca i jego pięść zderza się z nosem tej cioty. Następnie Liam się potyka, i ląduje na podłodze. Peter siedzi na nim okrakiem i bije. Po upływie kilku sekund w końcu dociera do nas co się dzieje, a wtedy Andre odciąga swojego przyjaciela od jęczącego z bólu chłopaka.  W tym samym momencie w drzwiach pojawia się Jenner, a żadne z nas nie może wykrztusić z siebie ani słowa. Bowiem każdy z nas wie co teraz nastąpi.
-Walker do gabinetu-mówi surowo mierząc wzrokiem biednego Petera. Ten w ciszy kieruje się wzdłuż korytarza.
- Ale to była obrona własna, panie dyrciu.- mówi Andre, ale w pomieszczeniu nadal panuje grobowa cisza.
-Parker jeszcze jedno słowo i będziesz następny.- warknął w stronę mojego przyjaciela. Za nim zdążyłam się zorientować po moich policzkach płynęły łzy, ponieważ wiedziałam że to przeze mnie.
-Panie Jenner, on mnie tylko bronił proszę, niech go pan zostawi, proszę-te słowa  wypłynęły z moich ust za szybo abym mogła je przemyśleć, a wtedy jego dłoń zderzyła się z moim mokrym już od łez policzkiem. W mgnieniu oka znalazła się przy mnie Claudia i zaczęła mnie pocieszać.

-Zostaw ją, suka na to zasłużyła!- splunął i odwrócił się na pięcie opuszczając pomieszczenie. A ja wiedziałam że mój przyjaciel będzie przeżywał katusze a to wszystko moja wina.

1 komentarz: