*Perspektywa Sky*
-To na dzisiaj koniec, możesz
iść. Powiedział "dyrektor" z tym swoim szyderczym uśmieszkiem. W
między czasie zapinając pasek od swoich workowatych spodni.
To już taka rutyna. Dzień w dzień to
samo. Słowo dyrektor kojarzy się z powagą, odpowiedzialnością i troską o
innych, ale nie ON. Ten chuj, Zły człowiek. Przygarnął mnie pod dach sierocińca
w Hollyway. Wiecie jak to jest wychowywać się piętnaście lat z ludźmi których
uważasz za rodziców, a pewnego dnia wyrzucają cię za drzwi bo nagle zaczęłaś im
przeszkadzać? Nie? A ja tak, wiem jakie to uczucie i powiem wam że chujowe.
Mieszkam tu od roku i od roku jestem gwałcona przez człowieka który powinien
sie mną opiekować. Tak, przez mojego dyrektora.
-Sky?
Usłyszałam za moich pleców
przepełniony troską głos Trudy, która w ostatnim czasie była dla mnie jak
zastępcza matka. Kiedy tylko się odwróciłam, widząc wyraz mojej twarzy wzięłam
mnie w objęcia i przytuliła. A po mojej twarzy zaczęły lecieć słone łzy
bezradności. Zaczęła mnie pocieszać.
-Już dobrze słoneczko. Nie płacz.
- Nie, nie jest dobrze.-płakałam w
jej ramie. Jej dłoń opiekuńczo masowała moje plecy, szeptała mi do ucha słowa
które powinny podnieść mnie na duchu ,,To kiedyś się skończy" ,, Jesteś
silna". Ale słyszałam je zbyt wiele
razy. Nie pozostało mi nic jak przyzwyczaić się do swojego nędznego życia,
które było istnym piekłem i wiele razy próbowałam je zakończyć. Jednak nawet na
to byłam za słaba.
-TRUDY!!!- nagle cisze przerwał niski
głos Jennera bo tak miał na nazwisko mój prześladowca.
-Muszę iść słoneczko, głowa do góry i
uśmiechnij się.-Delikatnie dotknęła mojego nosa i odwróciła się w kierunku
dobrze znanego nam wszystkim gabinetu. Stałam na korytarzu jeszcze chwilkę, aby
unormować oddech po płaczu. Wyprostowałam się i weszłam do salonu gdzie
znajdowali się starsi wychowankowie sierocińca. Nagle wszystkie spojrzenia
padły na moją osobę a śmiechy, które i tak były tutaj rzadkością ucichły. Zanim
zdążyłam cokolwiek powiedzieć znajdowałam się już w objęciach mojej
przyjaciółki Polly. Kiedy się od siebie oderwałyśmy, spojrzała na mnie swoimi
pięknymi, błękitnymi oczyma w których widoczne były łzy. Ta rudowłosa
dziewczyna była ze mną od samego początku, wspierała mnie kiedy czułam
się jak nic nie warta szmata, przez mojego dyrektora.
-Boże tak się o ciebie martwiłam,
trzymał cię tak długo.-jej głos załamał się przy końcu. Następny w kolejce do
pocieszania mnie był Justin, który objął mnie opiekuńczo ramieniem i poklepał
po plecach.
-Obiecuję, że jak tylko się stąd
wyrwę, to pierwszą rzeczą jaką zrobię to doniosę na niego gliną.-Obiecał. Po
jeszcze krótkiej chwili użalania się nad mną, postanowiliśmy dołączyć do grupy.
Usiadłam koło Tiffany która jest typową blondynkom, lecz różni się jednym
detalem, jest inteligentna. Claudia, to ta cicha, wrażliwa ale umie być
bezczelna. Victor-wiecznie zamyślony, pomysłowy ale jego najmocniejszą cechą
jest lojalność. Peter i Andre są w tym miejscu najdłużej z nas wszystkich,
ponieważ zostali oddani od razu po narodzinach. Są największymi aparatami
w sierocińcu może dlatego że są tu od zawsze. Tryskają pozytywną energią i
zawsze poprawiają nam humor. Wiele razy pojawili się na tzw. dywaniku u
dyrektora, jednak nie kończyło to się na zwykłej naganie, ten chuj nie zawahał
się podnieść na nich ręki. Często używał przemocy jako kary dla chłopców a
dziewczyny nadzwyczajnie w świecie wykorzystywał seksualnie-tak było od zawsze.
Trudy jest wychowawcą młodszej grupy dziewczynek, zastępuje nam wszystkim
matkę. W pewnym momencie Andre zagwizdał a oczy wszystkich odwróciły się
w kierunku drzwi.
-Yo, Payno przyjacielu, może się
dosiądziesz.- po słowach Andre wszyscy wybuchli śmiechem. Liam przewrócił
oczami, i zaczął zmierzać w naszym kierunku (jak zwykle ubrany jak ciota).
-Mmm byłeś już u zgredka - zapytała
odważnie Polly. Liam znowu przewrócił oczami. A po chwili na jego twarzy
pojawił się złośliwy uśmiech.
-Nie będzie, ci do śmiechu jak mu
powiem o tym jak go nazywasz, marcheweczko.- Polly zaczerwieniła się ze
złości i zacisnęła dłonie w pięści. Nagle Justin gwałtownie się podniósł.
- Uważaj na słowa, idioto!-
-Słuchaj kolegi bo ci się oberwie
kochasiu- zadrwił Liam, ponieważ wszyscy doskonale wiedzieli że brunet od
zawsze kochał Polly.
-Chyba nie od ciebie!- powiedział
żartobliwie Peter, wszyscy ponownie się zaśmiali. Następnie zaczęli sobie
przybijać żółwiki.
-Skylet? A tobie mowę odebrało, bo
tak porządnie cie wyruchał?- nikt nie zdążył nic powiedzieć, tylko
wszyscy obserwowali jak w jednej chwili Peter podnosi się ze swojego miejsca i
jego pięść zderza się z nosem tej cioty. Następnie Liam się potyka, i ląduje na
podłodze. Peter siedzi na nim okrakiem i bije. Po upływie kilku sekund w końcu
dociera do nas co się dzieje, a wtedy Andre odciąga swojego przyjaciela od
jęczącego z bólu chłopaka. W tym samym momencie w drzwiach pojawia się
Jenner, a żadne z nas nie może wykrztusić z siebie ani słowa. Bowiem każdy z
nas wie co teraz nastąpi.
-Walker do gabinetu-mówi surowo
mierząc wzrokiem biednego Petera. Ten w ciszy kieruje się wzdłuż korytarza.
- Ale to była obrona własna, panie
dyrciu.- mówi Andre, ale w pomieszczeniu nadal panuje grobowa cisza.
-Parker jeszcze jedno słowo i
będziesz następny.- warknął w stronę mojego przyjaciela. Za nim zdążyłam się
zorientować po moich policzkach płynęły łzy, ponieważ wiedziałam że to przeze
mnie.
-Panie Jenner, on mnie tylko bronił
proszę, niech go pan zostawi, proszę-te słowa wypłynęły z moich ust za
szybo abym mogła je przemyśleć, a wtedy jego dłoń zderzyła się z moim mokrym
już od łez policzkiem. W mgnieniu oka znalazła się przy mnie Claudia i zaczęła
mnie pocieszać.
-Zostaw ją, suka na to zasłużyła!-
splunął i odwrócił się na pięcie opuszczając pomieszczenie. A ja wiedziałam że
mój przyjaciel będzie przeżywał katusze a to wszystko moja wina.
O moj boze. Jaki dupek z tego Jenner'a..
OdpowiedzUsuń