środa, 30 lipca 2014

Rozdział 4.

*Perspektywa Sky*

Stałam w miejscu patrząc w oczy mojemu przyjacielowi, i oczekując jego reakcji.
-Mmmhhhmm, usłyszałem możesz iść.- Odpowiedział obojętnie, a w moich oczach znowu znalazły się łzy, ostatnio stałam sięga bardzo emocjonalna co zaczyna mnie wkurwiać.
-Kurwa, nie płacz nooo.- Powiedział znudzonym głosem Andre, przez co zaczęłam płakać głośniej.
Odwróciłam się na pięcie i zaczęłam zmierzać w kierunku łazienki. Patrzyłam z pogardą na moje żałosne odbicie w lustrze. Podpuchnięte oczy od ciągłego płaczu. Pociągnęłam za końcówki moich włosów  i zaczęłam desperacko łkać. Sięgnęłam do szafki, wyrzucając z niej wszystko  aby znaleźć przedmiot mojego zainteresowania. Trzymałam w ręce małą, srebrną żyletkę.  narzędzie do wyrządzania bólu, pobłyskiwało w świetle żarówki. Zamknęłam oczy, licząc do trzech a następnie wbiłam ją w mój nadgarstek. Ponowiłam ten czyn jeszcze dwa razy i rozkoszowałam się, bólem na który całkowicie sobie zasłużyłam.
-Usłyszałam dźwięk otwierających się drzwi a następnie wymieniłam spojrzenie z Victorem, który uważnie Simi przyglądał. Pokręcił z niedowierzaniem głową i zaczął zmierzać w kierunku apteczki. Wyciągną z niej bandaż , którym zaczął owijać mój nadgarstek. Trwaliśmy w niezręcznej ciszy.
-Andre jest na mnie zły.- Powiedziałam cicho, a on tylko westchnął.
-Wiem, lecz nie  powinnaś się tym przejmować, martwi się o Walkera.-Pocieszał mnie.
-Okey, kręci mi się w głowie- Powiedziałam, dotykając  mojego czoła.
-Ciekawe dlaczego.-Odparł sarkastycznie.- Idź do siebie i odpocznij.- Powiedział
Przytaknęłam, i zwróciłam się w stronę mojego pokoju. Kiedy tam już byłam rzuciłam się na łóżko, po czym prawie od razu zasnęłam .

*Perspektywa Polly*

Szłam korytarzem, gdy nagle jakiś ułom na mnie wpadł, spojrzałam w dół i ujrzałam Liama, który tępo się w mnie wpatrywał. Wybuchłam głośnym  śmiechem na widok jego złamanego nosa.
-HAHA, bardzo śmieszne, a co tam u kaleki.- Zaszydził. A mój śmiech ucichł. Złapałam go za koszulkę i przycisnęłam do ściany. Jemu też najwidoczniej niebyło już do śmiechu.
-Powiedz jeszcze jedno słowo,  ty żmijo, nie zasługujesz no to aby oddychać, nie rozumiem dlaczego tak się zmieniłeś,  teraz tylko chodzisz do Jennera i mówisz mu o wszystkim, a pomyśleć że się przyjaźniliśmy.- Powiedziałam z wyrzutem, patrząc mu prosto w oczy, w których widoczne było poczucie winy, ale musiało mi się wydawać. Szybko odrzuciłam o siebie tę myśli i puściłam chłopaka.
*Perspektywa Tiffany*

Siedziałam na łóżku i stroiłam moją gitarę. Gdy nagle do pokoju wszedł widocznie wkurzony Victor. Posłałam do niego pytające spojrzenie które jak zwykle zignorował .
-Co jest?- Zapytałam sfrustrowana. Chłopak podrapał się po karku.
-Znowu to zrobiła.- Powiedział a ja doskonale wiedziałam o co mu chodziło. Poderwałam się z pozycji siedzącej i zaczęłam krążyć po pokoju, zastanawiając się co teraz.
-To przez Andre?!-Prawie krzyknęłam . Victor tylko skinął głową potwierdzając moje słowa.
Już i tak nieźle wkurwiona udałam się do pokoju tego palanta. Popchnęłam drzwi, które otworzyły się pod siłą nacisku, i zbulwersowana zaczęłam zmierzać  w kierunku Parker’a.

-KURWA, nie wierzą że jesteś takim idiotą.- Wrzasnęłam, a on przewrócił oczami.
-Jesteś z siebie zadowolony?!-Krzyknęłam.- No pytam się!- rzuciłam zirytowana.
-Słuchałam? Co zrobiłem tym razem słoneczko? Hmmm?- Powiedział z zadziornym uśmieszkiem na ustach. Kocham tego lamusa jak przyjaciela, ale uroczyście przyrzekam że zaraz go zabiję.
-Znowu to zrobiła, Sky znowu się pocięła, mmm a zgadnij dlaczego???-powiedziałam pewna siebie.
Andre nic powiedział, tylko wpatrywał się we mnie jakby próbował zrozumieć co do niego mówię.
-Ja… nie wiem co powiedzieć, idę do niej.-Już chciał mnie ominąć ale go powstrzymałam.
-Ona śpi, zresztą ty też powinieneś, pogadaj z nią jutro.- Powiedziałam delikatnie go przytulając.

-Okey, dobranoc Tiff.- Powiedział całując czubek mojej głowy. Wyszłam z jego pokoju i udałam się do własnego, który dzieliłam z Claudią, i tak jak radziłam Walkerowi sama poszłam spać.

środa, 23 lipca 2014

Rozdział 3.

*Perspektywa Sky*

Peter nie wybudził się od wczoraj, a ja jak skończona kretyna siedzę przy jego łóżku w towarzystwie Andre. Dyrektor ma to w dupie czy Walker ma krwotok wewnętrzny i to czy w ogóle się wybudzi. Zmartwiona Trudy zadzwoniła do dr.Green’a , który zapewnia nam opiekę medyczną i jest przyjacielem Rich’a.  I tylko dlatego nie zawiadamia policji o tym co się tutaj dzieje.
-Kiedy on się do cholery obudzi?!- zapytał Andre.
-Jest pod wpływem silnych środków przeciwbólowych, powinien obudzić się w najbliższym czasie.
-Co znaczy w najbliższym czasie ?!- chłopak prawie wykrzyczał.
-Ej uspokój się… -Powiedziałam mając na celu uspokoić go zanim zrobi to Jenner.
-Kurwa  to mój przyjaciel! Kiedy. On. Się. Do. Cholery. Obudzi.- Wycedził przez zęby.
-Panie Parker proszę sobie wyobrazić że ja  też mam przyjaciół.-odparł doktor.
-Z pańskim poczuciem humoru, wątpię… -Odgryzł, wkurwiony Andre, Green zakończył swoją pracę, i opuścił pomieszczenie, do którego po chwili weszła reszta naszych przyjaciół.
-Ej co z nim? Trzyma się?- Spytał się Victor.
-Kurwa a wyglądał jakby się trzymał?
-Andre daj już spokój.- Próbowałam go uspokoić. Ale ten tylko obdarzył mnie lodowatym spojrzeniem. Rzadko mogliśmy zaobserwować Parkera w takim nastroju, normalnie odgrywał rolę naszego klauna.
-Parker przestań się na wszystkich wyżywać, debilu! –wrzasnął Justin.
-Zamknijcie się idioci, głowa mnie kurewsko boli- Odezwał się zamulony głos na wpół przytomnego Petera .Wszyscy spojrzeli w kierunku naszego przyjaciela który lekko się uśmiechał.
-Dłużej spać nie mogłeś? Wystraszyłeś nas- powiedziała z troską w głosie Tiffany.
-Miałem bardzo fajny sen. Jednorożce były na łące. Jednorożce wszędzie. Takie koloroffeeee.
-Kurwa co oni mu za leki dali- Powiedział Andre śmiejąc się ze swojego przyjaciela.
-Nie śmiej się z kaleki. –Odparł równie rozbawiony Peter.
-Ale dobrze się czujesz? Co on ci zrobił? Tak się o ciebie baliśmy. Powiedziałam przyciszonym głosem.
-Jezu Sky przestań się tak martwić.
-Jest okey… no w miarę. Ale ja wam mówię jutro idziemy grać w nogę nie Andre? Justin? Victor też idziesz z nami?
-Kurwa Peter ty nigdzie się przez najbliższy czas nie wybierasz! –Krzyknął Andre.
-Sky. Szepnęła Claudia.
-Huh?
-Spójrz w okno. On tam jest. Tam jest Lis. On cię widzi.
Odwróciłam się w kierunku okna, ale nic nie zobaczyłam.
-Claudia, tam nic nie ma, tam nie ma żadnego lisa.
-Jest. On cie obserwuje. Schowaj się. Sky! Chowaj się!
-Claudia spokojnie. Nikogo tam nie ma. – Próbowałam ją uspokoić. Choć szczerze mówiąc zaczął mnie już trochę martwić jej stan. Claudia zaczęła przewracać krzesła i kopać wszystko w pomieszczeniu.
Claudia, spokojnie-momentalnie znalazł się przy niej Justin, ale ona nie dawała za wygraną.
-Czemu nikt mi nie wierzy!!!???-krzyknęła do nas,  z  łzami w oczach.
-Justin zabierz ja stąd-powiedziała Polly, a chłopka posłusznie wykonał jej polecenie.
-Zaczynam się o nią martwić-  powiedziałam do wszystkich a oni przytaknęli.
-Tiff podaj mi lusterko, proszę?- powiedział ze smutkiem Peter. Zmartwiona blondynka podała  przyjacielowi to o co prosił. A my wszyscy spuściliśmy głowy w dół.
-o Boże…- szepnął z niedowierzaniem. Długie cienkie rany,  biegły od początku kości policzkowych, do linii szczęki. Walker zawsze był tym przystojnym w grupie, miał największe powodzenie u dziewczyn. A ten chuj go tak oszpecił, dla mnie i tak jest piękny.
-Zostaną po tym blizny-chłopak  użalał się nad sobą, Victor tylko przytakną.
-Ej stary, blizny są męskie- próbował zażartować Andre. A Tiffany tylko trzepnęła go  w ramię.
-To moja wina- zajęczałam, z rozpaczy. A Andre fukną zirytowany.
-Ej chodź tu do mnie- powiedział Walker i poklepał puste miejsce obok siebie. Wykonałam jego polecenie. Chłopak odgarną pojedynczy kosmyk moich kasztanowych włosów za ucho i pogłaskał mnie czule po policzku. A następnie pozwolił mi wtulić się w swoje ciało.
-Ej już nie płacz, to nie twoja wina, a poza tym nie żałuję tego co zrobiłem, Liam nie powinien zaczynać tematu.- po tym jak wypowiedział te słowa, Andre wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.
-Czasami zachowuje się jak baba w ciąży- fukną Peter, a my wszyscy się zaśmialiśmy.

*Perspektywa Andre*

Kurwa, jak on może ją pocieszać! Wszyscy doskonale wiemy że to jej wina, ale nikt tego kurwa oczywiście nie przyzna! Uwielbiam Sky ale użala się nad sobą jak święta krowa!
-Stary co jest? Po mojej prawej pojawił się Justin.
-Co jest?! Kurwa wszyscy doskonale wiemy że gdybanie Sky to nic by się nie wydarzyło!
-Ja pierdole Andre! Rozumiem do chuja że to twój przyjaciel, ale zrozum że Sky nie ma na to wpływu co robi jej Rich! Nie wyżywaj się na niej bo na to nie zasługuje!
-Daj mi spokój.
 Mam ich wszystkich dość. Jak się martwisz to źle, a jak sie martwisz to też kurwa źle. Wszedłem do pokoju trzaskając drzwiami i rzucając się na łóżko.
-Andre? Przepraszam.






Czytam=Komentuję




sobota, 19 lipca 2014

Rozdział 2.

*Perspektywa Petera*

-Siadaj- warknął Jenner, wskazując na krzesło przed swoim biurkiem. Wywróciłem oczami ale wykonałem jego polecenie. Kiedy usiadł przede mną, stwierdziłem, że i tak w bardziej gównianej sytuacji być nie mogłem więc dymnie się uśmiechnąłem. Zaskoczenie było widoczne na jego krzywej twarzy.
-Jak już z tobą skończę to nie będziesz miał powodów do uśmiechu- powiedział przeczesują między czasie swoje długie włosy. A ja tam nad zwyczajniej w świecie siedziałem czekając na swoją karę.
-Możemy już zaczynać? Bo nie chcę siedzieć w tej norze zbyt długo- powiedziałem nie tracąc poczucia humoru.
-Jak sobie życzysz.- odpowiedział z przebiegłym uśmieszkiem na ustach.-A więc wiesz z jakiego powodu tu jesteś?- zapytał patrząc głęboko w moje oczy. A ja postanowiłem się z nim trochę pobawić.
-Przez pana, bo gdyby nie był pan takim chujem i nie gwałcił swoich podopiecznych to tamten idiota nie zacząłby tego tematu.-powiedziałem ze złością. A jego widocznie zamurowało słysząc moje odważne słowa i pewny siebie ton głosu.
-Przestań wszyscy doskonale wiemy ze tym dziwkom się to podoba a w szczególności Skylet-zadrwił.
-KURWA!!! jesteś chory psychicznie ja pierdole powinieneś się leczyć idioto.- wykrzyczałem  prosto w jego twarz, która była czerwona ze złości, w jednej chwili uderzył mnie z otwartej dłoni i zaczął się śmiać. Następnie przywiązał moje dłonie do sznurów wiszących z sufitu, które miały mnie utrzymać w pozycji pół-prostej. Kiedy byłem unieruchomiony kopnął mnie w brzuch z kolana, a ja poczułem smak krwi w ustach, którą zaraz wyplułem na jego buty i zaśmiałem się. Jego reakcja była do przewidzenia ponieważ wpadł w furię i zaczął obkładać mnie pięściami. Po chwili zacząłem widzieć przez mgłę. Rich widząc że zaraz stracę przytomność, polał mnie zimną wodą co skutecznie mnie otrzeźwiło.
-I po co ci to było gówniarzu? -zapytał dumny z siebie. Podszedł do biurka i wyciągnął z niego scyzoryk. Pomachał mi nim przed oczami. Następnie otworzył go i bardzo powolnym ruchem zaczął nacinać skórę na moim obojczyku, pojedynczy krzyk opuścił moje usta bo ból był straszny. W moich oczach zagościły łzy które zaraz zaczęły spływać po moich policzkach, bardzo nie chciałem dopuścić do siebie płaczu ale to było silniejsze ode mnie. Widząc mnie jak cierpię Jenner ponowił swój czyn na drugim obojczyku, teraz nie mogłem powstrzymać się od krzyku, który był dowodem mojej słabości. Rich wyciągnął scyzoryk i z uśmiechem wbił mi go w ramię. To tak kurewsko bolało, że zaczynałem odpływać. On widząc to klasnął mi dłońmi na których widoczna była moja krew, przed oczami. Ponownie podniósł w górę scyzoryk i zaczął nieubłagalnie wolno ciąć mi policzek wzdłuż śladów moich łez, przez co rana piekła jeszcze bardziej, tą samą czynność powtórzył z drugiej strony. Dumnie wyprostował się i usiadł za swoim biurkiem. Jego twarz nie ukazywała żadnych emocji-bo był przyzwyczajony do sprawiania ludziom bólu, co ja mówię on to kochał. Przyłożył do swoich cienkich ust wolno tlącego się papierosa, którym zaczął się zaciągać.
-Brzydzę się tobą- powiedziałem resztkami sił a ból nie ustępował lecz sie nasilał.
-Słucham?! Jeszcze nie masz dosyć?!-wykrzyczał. A ja zdobyłem się na uśmiech.
-Brzydzę się tobą-powtórzyłem. Nie ze względu na to co mi zrobiłeś, nie wierze w to jak można podnieść rękę na kobietę a co gorsze dotykać ją w brew jej woli popaprańcu,  jesteś marną podróbą mężczyzny.- powiedziałem na jednym wydechu, ponieważ każdy kolejny wdech przynosił ze sobą ból, którego nie mogłem znieść.
-A więc takie masz o mnie zdanie? to takie przykre...,- wycedził przez zęby.
-Ale prawdziwe- powiedziałem a z moich ust wyszedł śmiech, gardzący jego osobą.
Jenner podszedł do mnie z tlącym się papierosem, którym zaczął przypalać moje rany na obojczykach. Wtedy nie wytrzymałem zacząłem krzyczeć, bo ból był niemiłosierny . Na końcu zgasił go wbijając peta w moją otwartą ranę w ramieniu i to było ostatnie co zapamiętałem ponieważ straciłem przytomność.

*Perspektywa Andre *

2 godziny, 120 minut katował mojego przyjaciela co chwilę słyszałem jego przeraźliwe krzyki, śmiech Jennera oraz dokuczliwe odzywki Walkera. Serio powinien się już zamknąć bo tylko pogarsza sytuację. Zaczynam się martwić o tego idiotę, nigdy nie był karany tak długo i nigdy nie słyszałem jego krzyków. Zawsze przyjmował karę jak to mówił ''na klatę'' i z pokorą. Po pokoju rozbrzmiewały delikatne dźwięki gitary na której w skupieniu i ze smutkiem gra śliczna Tiffany. Claudia zawzięcie rysowała w swoim szkicowniku. Victor patrzył ślepo w okno jakby próbował chociaż na chwile zapomnieć o tym co się tu dzieje. Sky siedziała w kącie cały czas cicho płacząc, Justin próbował ją pocieszyć, ponieważ ta cały czas obwiniała za to siebie. w końcu nie wytrzymałem.
-Boże przestań płakać! Ogarnij wreszcie z to nie twoja wina, KURWA!!!- zacząłem ciągnąć za swoje włosy jakby miało mi to do cholery w czymś pomóc. Ktoś dotkną mojego ramienia, odwróciłem się i napotkałem zmartwione spojrzenie Polly. Przewróciłem oczami.
-A Ty w końcu przestań udawać pieprzoną matkę Teresę, zachowujesz się jakbyś wszystkie rozumy pozjadała. Doskonale wiem co chcesz powiedzieć, zaraz zaczniesz mi wygłaszać kazania, oookey?!! mam tego dosyć, kurwa zaraz tam pójdę i zakończę to gówno.-powiedziałem odwracając się i zmierzając w kierunku gabinetu.

-NIE!!!- nie spodziewałem się usłyszeć tego głosu, odwróciłem się spojrzałem na Claudie, która zamknęła oczy i zaczęła szybko kreślić coś na kartce. Wszyscy podbiegliśmy do niej, ponieważ wiedzieliśmy że ma wizję, była medium. Kiedy się stresowała dostawała ''ataku'' rysowała, pisała, i malowała po wszystkim co było pod ręką. Niektóre z jej wizji sprawdzały się, a inne były tak idiotyczne że można się zesrać np. Że jakiś pieprzony lis chodzi za Sky ale ona go nie widzi, albo najlepsze było kiedy narysowała Tiff z kolczykiem w wardze, przykładającą sobie do skroni pistolet, kurwa co jest najlepsze ze Tiffany ma fobię przed igłami. Kiedy skończyła szkicować nikt nie zwracał na nią już uwagi bo w drzwiach stanął Peter. KURWA leżał nie był w stanie się poruszyć. Kiedy się ogarnełem podbiegłem do Walkera a za mną Sky. Położyliśmy go na jednym z łóżek. Wyglądał jak zombie, był blady (jak na niego)miał pokiereszowaną twarz, na której widniały liczne siniaki, cięcia i zaczerwienienia. Był bez koszulki, dzięki czemu spostrzegliśmy rany na obojczyku oraz liczne ślady pobicia. Z otwartej rany w ramieniu sączyła się krew. Nie mogłem uwierzyć w to w jakim znajdował się stanie. Ten  widok zapamiętam do końca mojego jebniętego życia.

-Peater...- szepnęła Sky, a zaraz wybuchła płaczem.
-Tiffany daj apteczkę, kurwa a najlepiej trzy. -Ha-ha, zajebiste poczucie humoru.
-Walker, spójrz na mnie, stary otwórz oczy, kurwa Peter proszę.-nie wytrzymałem zacząłem płakać, kurwa nie wierzę ja nigdy nie płaczę. KURWA.


Rozdział 1.

*Perspektywa Sky*

-To  na dzisiaj koniec, możesz iść. Powiedział "dyrektor" z tym swoim szyderczym uśmieszkiem. W między czasie zapinając pasek od swoich workowatych spodni.
To już taka rutyna. Dzień w dzień to samo. Słowo dyrektor kojarzy się z powagą, odpowiedzialnością i troską o innych, ale nie ON. Ten chuj, Zły człowiek. Przygarnął mnie pod dach sierocińca w Hollyway. Wiecie jak to jest wychowywać się piętnaście lat z ludźmi których uważasz za rodziców, a pewnego dnia wyrzucają cię za drzwi bo nagle zaczęłaś im przeszkadzać? Nie? A ja tak, wiem jakie to uczucie i powiem wam że chujowe. Mieszkam tu od roku i od roku jestem gwałcona przez człowieka który powinien sie mną opiekować. Tak, przez mojego dyrektora.
-Sky?
Usłyszałam za moich pleców przepełniony troską głos Trudy, która w ostatnim czasie była dla mnie jak zastępcza matka. Kiedy tylko się odwróciłam, widząc wyraz mojej twarzy wzięłam mnie w objęcia i przytuliła. A po mojej twarzy zaczęły lecieć słone łzy bezradności. Zaczęła mnie pocieszać.
-Już dobrze słoneczko. Nie płacz.
- Nie, nie jest dobrze.-płakałam w jej ramie. Jej dłoń opiekuńczo masowała moje plecy, szeptała mi do ucha słowa które powinny podnieść mnie na duchu ,,To kiedyś się skończy" ,, Jesteś silna". Ale słyszałam  je zbyt wiele razy. Nie pozostało mi nic jak przyzwyczaić się do swojego nędznego życia, które było istnym piekłem i wiele razy próbowałam je zakończyć. Jednak nawet na to byłam za słaba.
-TRUDY!!!- nagle cisze przerwał niski głos Jennera bo tak miał na nazwisko mój prześladowca.
-Muszę iść słoneczko, głowa do góry i uśmiechnij się.-Delikatnie dotknęła mojego nosa i odwróciła się w kierunku dobrze znanego nam wszystkim gabinetu. Stałam na korytarzu jeszcze chwilkę, aby unormować oddech po płaczu. Wyprostowałam się i weszłam do salonu gdzie znajdowali się starsi wychowankowie sierocińca. Nagle wszystkie spojrzenia padły na moją osobę a śmiechy, które i tak były tutaj rzadkością ucichły. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć znajdowałam się już w objęciach mojej przyjaciółki Polly. Kiedy się od siebie oderwałyśmy, spojrzała na mnie swoimi pięknymi, błękitnymi oczyma w których widoczne były łzy. Ta rudowłosa dziewczyna była ze mną od samego początku, wspierała  mnie kiedy czułam się jak nic nie warta szmata, przez mojego dyrektora.

-Boże tak się o ciebie martwiłam, trzymał cię tak długo.-jej głos załamał się przy końcu. Następny w kolejce do pocieszania mnie był Justin, który objął mnie opiekuńczo ramieniem i poklepał po plecach.
-Obiecuję, że jak tylko się stąd wyrwę, to pierwszą rzeczą jaką zrobię to doniosę na niego gliną.-Obiecał. Po jeszcze krótkiej chwili użalania się nad mną, postanowiliśmy dołączyć do grupy. Usiadłam koło Tiffany która jest typową blondynkom, lecz różni się jednym detalem, jest inteligentna. Claudia, to ta cicha, wrażliwa ale umie być bezczelna. Victor-wiecznie zamyślony, pomysłowy ale jego najmocniejszą cechą jest lojalność. Peter i Andre są w tym miejscu najdłużej z nas wszystkich, ponieważ zostali oddani  od razu po narodzinach. Są największymi aparatami w sierocińcu może dlatego że są tu od zawsze. Tryskają pozytywną energią i zawsze poprawiają nam humor. Wiele razy pojawili się na tzw. dywaniku u dyrektora, jednak nie kończyło to się na zwykłej naganie, ten chuj nie zawahał się podnieść na nich ręki. Często używał przemocy jako kary dla chłopców a dziewczyny nadzwyczajnie w świecie wykorzystywał seksualnie-tak było od zawsze. Trudy jest wychowawcą młodszej grupy dziewczynek, zastępuje nam wszystkim matkę. W  pewnym momencie Andre zagwizdał a oczy wszystkich odwróciły się w kierunku drzwi.

-Yo, Payno przyjacielu, może się dosiądziesz.- po słowach Andre  wszyscy wybuchli śmiechem. Liam przewrócił oczami, i zaczął zmierzać w naszym kierunku (jak zwykle ubrany jak ciota).
-Mmm byłeś już u zgredka - zapytała odważnie Polly. Liam znowu przewrócił oczami. A po chwili na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmiech.
-Nie będzie, ci do śmiechu jak mu powiem o tym jak go nazywasz, marcheweczko.- Polly zaczerwieniła się ze złości  i zacisnęła dłonie w pięści. Nagle Justin gwałtownie się podniósł.
- Uważaj na słowa, idioto!-
-Siadaj- Victor pociągnął Justina za koszulkę powodując że ten usiadł.
-Słuchaj kolegi bo ci się oberwie kochasiu- zadrwił Liam, ponieważ wszyscy doskonale wiedzieli że brunet od zawsze kochał Polly.
-Chyba nie od ciebie!- powiedział żartobliwie Peter, wszyscy ponownie się zaśmiali. Następnie zaczęli sobie przybijać żółwiki.
-Skylet? A tobie mowę odebrało, bo tak porządnie cie wyruchał?- nikt nie zdążył  nic powiedzieć, tylko wszyscy obserwowali jak w jednej chwili Peter podnosi się ze swojego miejsca i jego pięść zderza się z nosem tej cioty. Następnie Liam się potyka, i ląduje na podłodze. Peter siedzi na nim okrakiem i bije. Po upływie kilku sekund w końcu dociera do nas co się dzieje, a wtedy Andre odciąga swojego przyjaciela od jęczącego z bólu chłopaka.  W tym samym momencie w drzwiach pojawia się Jenner, a żadne z nas nie może wykrztusić z siebie ani słowa. Bowiem każdy z nas wie co teraz nastąpi.
-Walker do gabinetu-mówi surowo mierząc wzrokiem biednego Petera. Ten w ciszy kieruje się wzdłuż korytarza.
- Ale to była obrona własna, panie dyrciu.- mówi Andre, ale w pomieszczeniu nadal panuje grobowa cisza.
-Parker jeszcze jedno słowo i będziesz następny.- warknął w stronę mojego przyjaciela. Za nim zdążyłam się zorientować po moich policzkach płynęły łzy, ponieważ wiedziałam że to przeze mnie.
-Panie Jenner, on mnie tylko bronił proszę, niech go pan zostawi, proszę-te słowa  wypłynęły z moich ust za szybo abym mogła je przemyśleć, a wtedy jego dłoń zderzyła się z moim mokrym już od łez policzkiem. W mgnieniu oka znalazła się przy mnie Claudia i zaczęła mnie pocieszać.

-Zostaw ją, suka na to zasłużyła!- splunął i odwrócił się na pięcie opuszczając pomieszczenie. A ja wiedziałam że mój przyjaciel będzie przeżywał katusze a to wszystko moja wina.

Wstęp.

Hej.

Na wstępie chciałybyśmy was powiadomić ,że jesteśmy dwie. Jest to nowe( pierwsze) nasze opowiadanie. Przede wszystkim  za wszelkie błędy przepraszamy, no i za naszą amatorska postawę. Ale czego można oczekiwać od dwóch gimbusów? Mamy nadzieję że nasza fantazja się wam spodoba. No to chyba tyle J  Loffki <3 Kisski ;* Papatki.  

piątek, 18 lipca 2014

Prolog „Zaufanie”


„Z zaufaniem jest z jak z reputacją:  trudno zyskać, łatwo stracić.”
Czy istniała kiedyś w waszym życiu taka  osoba której ufaliście bezgranicznie ?
Z którą poszlibyście na koniec świata i jeszcze dalej?
A wypowiedziane przez nią  obietnice  były jak tlen ?
Ja poznałam taką osobę przez przypadek.
Od tak pojawiła się w moim życiu.
Grała rolę mojego anioła Stróża.
I bez wątpienia była cholernie ważną postacią w moim życiu.
Ale wszystko co piękne kiedyś się kończy, czy tego chcemy czy tez nie.
Moje zakończenie przyszło o wiele wcześniej niż się tego spodziewałam i na pewno nie byłam wtedy na to gotowa. Co pieprze, na to nie da się być gotowym…
Jeśli sądziłam, że moje dotychczasowe życie jest piekłem, to znaczy, że nie znałam dokładnej definicji tego słowa.
Nazywam się Skylet Kimberly Malik i to jest moja historia.